website templates

31 sierpnia 2019 roku o godzinie 12.00 na górze Grześ została odprawiona Msza św. dla Polaków i Słowaków  w miejscu przerzutu materiałów religijnych z Polski do Czechosłowacji w czasach komunizmu z udziałem naszego Księdza Proboszcza Pawła Bartuli.
Poniżej jest zamieszczony fragment artykułu z Almanachu Sądeckiego Nr 62/63 z którego możemy dowiedzieć się o tym dlaczego ta msza została odprawiona.

________________________________

Alicja Grzesik: Błogosławiony przemyt (fragment)

... Władze komunistyczne tego państwa (Czechosłowacji - przyp. red) w ciągu kilku dziesięcioleci po II wojnie światowej drastycznie ograniczyły działalność duszpasterską, stosując różne środki i metody. Zamykano seminaria diecezjalne, klasztory, likwidowano szkoły i wydawnictwa katolickie, dokonywano licznych aresztowań duchownych i świeckich zaangażowanych w działalność religijną. To wszystko spowodowało, że Kościół w Czechosłowacji zszedł do podziemia. Cierpiał prześladowania, ale nie został zapomniany, m.in. dlatego, że w Polsce znaleźli się ludzie, którzy postanowili przyjść tamtejszym katolikom z pomocą.
Przewodnikiem grupy ludzi niosących pomoc Kościołowi w Czechosłowacji był ks. Stanisław Ługowski, obecnie proboszcz jednej z parafii na Słowacji. Na początku lat siedemdziesiątych jako kleryk spotkał się z młodymi studentami słowackimi, którzy opowiedzieli mu, jakie trudności przeżywa Kościół w Czechosłowacji. Po nawiązaniu kontaktów z naszymi południowymi sąsiadami, ks. Ługowski zapoczątkował organizowanie obozów dla studentów z Słowacji. Podczas tych spotkań okazało się, że istnieje na Słowacji ogromne zapotrzebowanie na literaturę religijną, dewocjonalia, Pismo Święte, filmy religijne itp. Jednocześnie rozpoczął poszukiwanie ludzi, którzy mogliby zaangażować się w niesienie pomocy podziemnemu Kościołowi czechosłowackiemu bez względu na konsekwencje, jakie mogło nieść ujawnienie takiej działalności przez organy Służby Bezpieczeństwa PRL. Wśród tych, do których zwrócił się w 1971 r. ze swoja propozycją byli Jan i Maria Bartulowie z Podegrodzia kolo Nowego Sącza, zaprzyjaźnieni z księżmi Marianami.
Rodzina Bartulów odpowiedziała na prośbę ks. Ługowskiego i chętnie przyjmowała każdego kto powoływał się na znajomość z nim. Przez ich dom przewinęło się wielu współpracowników ks. Ługowskiego, przede wszystkim studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy zatrzymywali się w Podegrodziu, by następnie przenieść na granicę polsko-czechosłowacką pakiety literatury religijnej. Do Podegrodzia książki przywożone były z Warszawy, a następnie przepakowywane do plecaków, które przekazywano na granicy  kurierom słowackim.
Jednym z doniosłych wydarzeń w życiu rodziny Bartulów były prymicje słowackiego kapucyna Petera Zaoludka. W 1982 r. został przeprowadzony przez zieloną granicę, przewieziony do Warszawy i wyświęconym przez arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego. Po tajnych uroczystościach w Warszawie i powrocie do Podegrodzia w domu państwa Bartulów ks. Piotr odprawił swoją pierwszą mszę prymicyjną, po czym został przeprowadzony z powrotem na Słowację. Kościołowi Słowackiemu przybył jeszcze jeden kapłan. W 1983 r. do współpracy przyłączył się syn państwa Bartulów - Paweł - wówczas uczeń Liceum Ogólnokształcącego w Starym Sączu, obecnie ks. katecheta w parafii Marcinkowice kolo Nowego Sącza.

Oto jak wspomina swoją działalność i tamten czas:

Moja przygoda z przenoszeniem książek z Polski na Słowację rozpoczęła się w roku 1981, co nie oznacza, że od razu zostałem tragarzem szmuglującym przez granicę przedmioty kultu religijnego. Wówczas miałem zaledwie 14 lat i moim zadaniem było służyć do Mszy świętej ks. Stanisławowi Ługowskiemu, który przyjeżdżał do naszego domu w Podegrodziu wraz ze studentami. Z początku rodzice nie chcieli za bardzo informować nas, tzn. mieszkańców domu, co ci młodzi ludzie pakują do swych plecaków i w jakim celu wyjeżdżają w stronę gór. Jednak z czasem stało się to nieuniknione. Pamiętam wieczorne modlitwy w gościnnym pokoju w intencji udanego przerzutu, atmosferę napięcia następnego dnia, aby wszystko było w porządku.
Kiedy rozpocząłem naukę w szkole średniej, a zwłaszcza po wprowadzeniu stanu wojennego, moje poglądy stały się z natury rzeczy bardziej ,,dorosłe". Po początkowym zastoju związanym z bezpieczeństwem, kontakty ks. Stanisława z naszym domem stały się ożywione. Szczególnie w roku 1983 moim marzeniem jako dorastającego chłopaka było wziąć udział w takiej akcji. W 1983 taka okazja nadarzyła się. Nareszcie dostałem propozycję, aby udać się w góry. Było to dość łatwe, gdyż uczęszczałem do Liceum Ogólnokształcącego w Starym Sączu, a było to po drodze z Podegrodzia do Piwnicznej. Na początku pilnowałem samochodu przy drodze na Piwowarówkę.
Przełomowym momentem był 12 grudnia 1983 roku, kiedy po raz pierwszy brałem udział w akcji. Śp. Antek Liptak nie mógł przybyć i dlatego zostałem poproszony przez ks. Stanisława o pomoc. Czekałem na to wręcz z utęsknieniem. W końcu mogłem przyczynić się do tego wielkiego dzieła. Oczywiście rodzice o tym nie wiedzieli, miałem wówczas 16 lat i byłem po prostu nieletni. Po zwolnieniu ze szkoły, dzięki wspanialej mojej wychowawczyni Pani Helenie Domańskiej, pojechałem wraz z ks. Ługowskim i Konradem Saneckim do Piwnicznej. Najpierw Urząd Gminy i pozwolenie na wyjście w góry. Później droga, był mroźny grudniowy poranek. Po godzinnej wędrówce krótkie spotkanie na Piwowarówce, kilka słów i zejście w dól. Pamiętam słowa Ks. Stanisława: ,,Po raz kolejny udało się pokonać komunę".
Tym razem było inaczej. Za kilka dni otrzymałem telefon do szkoły, nie wiem jakich argumentów użył ks. Ługowski, aby poproszono mnie do telefonu jako ucznia, bo nawet dzisiaj tego w szkołach się nie robi. W kilku słowach oznajmił mi, że mam zniszczyć „stare konserwy", które zostawił w naszym domu. Było tam 20 tys. deklaracji Karta 77 dysydentów czechosłowackich i jakieś książki religijne. W tym momencie bylem wręcz przerażony. Zaraz zwolniłem się ze szkoły i z duszą na ramieniu udałem się do domu. Dręczyły mnie pytania, gdzie ukryć przechowywane w domu materiały. Nikt ze znajomych, a także najbliższa rodzina, nie wiedział o tym co dzieje się w naszym domu, poza tym były to materiały trefne jak na ówczesne czasy. Nie było wyjścia pozostał piec centralnego ogrzewania. Całą noc paliłem te materiały. Najgorzej było z Kartą 77, gdyż była drukowana na papierze brewiarzowym, który jest bardzo cienki i nie chciał się palić. Z początku miałem szczęście, ponieważ sypał śnieg, lecz nie całą noc. Kiedy wstałem ledwo żywy rano po nieprzespanej nocy byłem przerażony. Mieszkamy w centrum miejscowości i cały teren wokół domu w promieniu dwustu metrów był pokryty niedopalonymi szczątkami papieru, dosłownie było czarno na świeżym śniegu. Na niedopalonych kawałkach papieru było widać słowackie litery. Gdyby wówczas nastąpiła rewizja, to nie trudno byłoby domyśleć się jej wyniku. Po kilku dniach przybyła do nas z Lublina Anka Paszuda i poinformowała o zaistniałej sytuacji, tzn. że aresztowano Słowaków i nie wiadomo gdzie przebywają. Za kilka tygodni udałem się wraz z Józkiem Gąsiorem na granicę, aby szukać być może przerzuconych przez Słowaków plecaków. Z perspektywy czasu widać, że było to bardzo niebezpieczne. Po tym wydarzeniu nastąpiła przerwa w przerzutach.
W klasie Ili i IV Liceum Ogólnokształcącego wyjeżdżałem kilkakrotnie do ks. Stanisława do Góry Kalwarii, gdzie pracował. Miałem okazję poznać ludzi zaangażowanych w działalność „Solidarności", co dla młodego chłopaka z południa Polski było nie lada przeżyciem. Pomagało mi to kształtować poglądy na świat, polską rzeczywistość. Ci ludzie byli otwarci i dobrzy. W tej szarej rzeczywistości było to dla mnie bardzo budujące.
Kiedy rozpocząłem naukę w Studium Nauczycielskim, zacząłem często podróżować do Zakopanego. Rodzice pozwalali mi na te wyjazdy, wiedząc doskonale po co tam jeżdżę. Tatry Zachodnie były w miarę bezpiecznym zakątkiem, który pozwalał na przerzuty materiałów na Słowację. Ekipy były z różnych rejonów Polski. Nysa, Opole, Głuchołazy. W większości studenci, ale nie tylko. Ja szczególnie bylem związany z Jagodą i Antkiem Wróblem. Przez dwa lata kilkanaście razy, czasami z samego Chochołowa, szliśmy na nogach z ciężkimi plecakami aż na Rakoń, który był głównym miejscem naszych wycieczek i zamiany plecaków. Przez ten czas spotykałem się też indywidualnie z Janem Hencowskim z Dolnego Kubina.
Z nim umawialiśmy się pod Grzesiem. Były to wyprawy radosne, ale z dreszczem emocji i skłamałbym, gdybym powiedział, że się nie bałem. Oczywiście nie cały czas. Ale nigdy nie można było być pewnym swego powrotu.
Podam tylko jeden przykład. Byłem umówiony z Jankiem Hencowskim na którąś niedzielę. Miałem odebrać materiały od Krzysztofa Matyjaszka z Rabki. Całą sobotę pracowaliśmy z Tatą naprawiając samochód marki Syrena model 105. Jakimś cudem, dopiero późną nocą awaria została usunięta. Ale był jeszcze jeden problem, samochody tej marki nie zawsze zamykały się. Ponieważ brałem więcej materiałów, potrzebowałem kogoś kto pozostałby w samochodzie zaparkowanym na Polanie Huciska. Poprosiłem mojego kolegę z Podegrodzia, Krzysztofa Bodzionego, aby wybrał się ze mną do Zakopanego na wycieczkę. Po drodze ogólnie wyjaśniałem mu cel naszej podróży. Po przybyciu na miejsce powiedziałem mu, że jeśli ma ochotę to może przeglądnąć sobie parę rzeczy, które pakowałem do plecaka.
Nie zapomnę jego miny i słów po moim powrocie. Cały czas mówił:
,,Modliłem się, aby wszystko było dobrze".
Pamiętam też kontrolę, jaką przeżyłem na dworcu w Nysie. Zmęczony podróżą z Podegrodzia do Nysy, gdzie czekałem na pociąg do Głuchołaz, zasnąłem. Jakiś kapuś, który siedział na wprost mnie na poczekalni ściągnął milicjantów, którzy mnie skontrolowali. Dzięki Bogu, że dopiero jechałem po materiały, które odebrałem od ks. Stanisława w Głuchołazach.
Były też pomyłki w umawianiu się co do spotkań. Raz spóźniłem się do Zakopanego. O 9.00 wyjechałem z dworca PKS taksówką, a o 11.00 byłem już na Rakoniu. Kto zna polskie Tatry, wie jaka to odległość. Sądziłem, że o tej właśnie godzinie jest umówione spotkanie ze Słowakami. Reszta ekipy siedziała w schronisku na Polanie Chochołowskiej i czekali na mnie. O 13.00 zjawili się na górze idąc spokojnym krokiem. Byli zdziwieni, co ja tam robię. Sądzili, że nie mogłem przyjechać ...

Źródło: Alicja Grzesik - „Błogosławiony przemyt” – Almanach Sądecki Nr 62/63

Mobirise
Od lewej: Peter Żaoludek, Konrad Sanecki, Alojzy Gabaj, ks. Paweł Bartula, Nitra 2001